Jeśli chcesz, aby cała społeczność Ogrodu św. Rity pomodliła się w Twoich intencjach, umieść ją właśnie tutaj. A jeśli chcesz je przesłać jedynie Siostrom do modlitwy skorzystaj w formularza na tej stronie.
Jestem na skraju załamania. Nic mi się nie chce, nic mi nie wychodzi, nic mnie nie cieszy....
Modlę się codziennie do Św. Rity i błagam o pomoc lecz moje modlitwy nie są wysłuchane.
Mam 44 lata. W 2016 roku zdiagnozowano u mnie raka piersi. Był płacz, lament, stres....ale wzięłam się w garść i stwierdziłam że trzeba walczyć. Skoro Pan Bóg skierował mnie na badania i wcześnie wykryto guza a lekarze dają szanse na przeżycie to trzeba walczyć bo Bóg tak chce.
Byłam dzielna, przeszłam operację (mastektomię). Nawet pielęgniarki dziwiły się że po operacji ja się uśmiecham...cieszyłam się że mi wycieli nowotwór. Potem była chemioterapia. Pomimo złego samopoczucia, ciągłych mdłości, osłabienia, wypadnięcia włosów dalej cieszyłam się, że będzie dobrze, że z tego wyjdę. Wszystko było dobrze do pól roku. Przy kontrolnym badaniu okazało się, że muszę przejść kolejną operację. Pozostały komórki nowotworowe i był konieczny powtórny zabieg. Znowu płacz, znowu rozczarowanie... jakoś dałam redę. Lekarze wysłali mnie na kolejną chemioterapię (dodatkową) oraz na radioterapię. Znowu wypadły mi włosy, znowu źle się czułam, miałam poparzoną skórę po miejscu naświetlania. Trzymałam się.
Minęło 5 lat, jestem sama, nie mam nikogo. Po amputacji piersi nie chciałam się z nikim spotykać. Jestem okaleczona a nikt nie chce mieć partnerki okaleczonej... to krępujące. Pomyślałam sobie że chyba Bóg tak chce, żebym była sama. Do tej pory wszystkie moje związki były nie udane. Albo ktoś na kim mi zależało był zajęty, albo nie był mną zainteresowany, albo były to osoby które chciały mnie wykorzystać. A ja chciałam być kochana, chciałam mieć kogoś.
Wszystkie moje koleżanki wyszły za mąż, są szczęśliwe, mają rodziny a ja..... sama...
W zeszłym roku poznałam kogoś. Znaliśmy się już wcześniej ale dopiero teraz jakoś zaczęliśmy więcej rozmawiać. Tak zaczęła się nasza znajomość tak trochę bliżej.
Codzienne sms-y, częste rozmowy, spotkania na kawę itp. Niestety kilka tygodni temu zaczęło się psuć. W tej chwili odnoszę nawet wrażenie jakbym mu przeszkadzała. Nie wiem dlaczego, nie wiem co mu zrobiłam, czym zawiniłam? Nie rozumiem. Potrafi nie odpisywać na sms-a. Jak ostatnio u niego byłam to zaprosił mnie na kawę ale odczulam ze chciał abym sobie jak najszybciej poszła. Nie wiem dlaczego tak się zachowuje wobec mnie. To boli bo po raz kolejny zostaje zraniona i tym bardziej nie wiem jaki jest tego powód.
Na dodatek w pracy i w domu z rodzicami tez mi się nie układa. Ciągle się kłócę, ciągle mam do kogoś jakieś pretensje....w pracy koleżanki tez wielokrotnie są złośliwe wobec mnie. Znosiłam to wszystko do czasu. Teraz nagromadziło mi się problemów i nie daje sobie z nimi rady.
Zaczęłam łykać tabletki na uspokojenie. Boję się ze wpadnę w depresje albo co gorzej zrobię coś głupiego. Nie mam się komu wyżalić. Rodzice mnie nie rozumieją. Tata uważa ze ja sobie sama wyolbrzymiam problemy i depresje maja ludzie którzy są nienormalni. Mam znowu twierdzi ze to ja nie chce jej powiedzieć o swoich problemach. Owszem, nie chce, bo ona ciągle mówi jedno i to samo...żebym się wzięła w garść, ze nie wychodzę do ludzi, ze jak oni z tata gdzieś jada i chcą mnie zabrać to ja nie chce.....Nie chce jechać bo nie będę siedzieć z osobami w wieku moich rodziców. Ja chce przebywać wśród swoich rówieśników. W końcu cale jej gadanie schodzi na to ze ja płaczę a ona udowadnia mi ze wszystko to moja wina. Nie chce, nie chce z nią rozmawiać. Nie pomaga mi takie gadanie.
Jakiś czas temu byłam u kuzynki. Chciałam z nią porozmawiać tak szczerze. Myślałam ze ona mnie zrozumie i doda mi trochę otuchy. Nie wyszło. Szybko zmienia temat i rozmowa się nie kleiła.
Jestem teraz w pracy. Mam dyżur i jestem sama. Przed wyjściem do pracy zażyłam tabletkę uspokajająca. W pracy połknęłam kolejna. Wczoraj zażyłam 3. Nie mogę się skupić, ręce mi się trzęsą, mam sucho w ustach, głos mi drży, ciągle płaczę, w nocy nie mogę spać, brzuch mnie boli z nerwów,.....to są objawy depresji.
Zrobiłam się ogólnie nie miła dla ludzi. Co się ze mną dzieje? Przecież ja taka nie byłam.
Czuję się samotna, niepotrzebna, żyć się odechciewa, znikąd pomocy, zrozumienia,....
Chciałabym aby Św. Rita wysłuchała moich próśb, aby mi pomogła. To jej zawierzam wszystkie troski, problemy. Ona wie z czym się borykam, co mnie boli. Tylko czy mnie tym razem wysłucha? Tracę nadzieję na wszystko: na miłość, na szczęście, zrozumienie. Pomimo codziennej modlitwy tracę wiarę. Wiarę w Boga, wiarę we wszystko co święte. Jeśli to się nie zmieni to obawiam się, że przestanę się w ogóle modlić. Obawiam się że stanę się bezduszną osobą, złym człowiekiem.....To moja ostatnia szansa. Pomóż mi Św. Rito. Chciałabym aby między mną a "nim" było dobrze, tak jak kiedyś.
